Whanganui River Journey

Whanganui River Journey jest niezwykłym Great Walkiem, ponieważ wcale nie jest “walkiem”. To spływ kajakowy Whanganui – rzeką wypływającą wprost ze stoków Tongariro. Rzeka ta jest uznawana przez Maorysów za bóstwo, jednego z przodków, dlatego jest też dla nich świętym miejscem. W 2017 Whanganui uzyskała osobowość prawną (czyli ma swoje prawa i obowiązki) i nie jest pierwszym tego typu wynalazkiem – od 2014 osobowość prawną ma także rejon Te Urewera we wschodniej części Północnej Wyspy Nowej Zelandii.

Spływ Whanganui był dla nas super doświadczeniem, ale na pewno nie jest to pierwsza rzecz, jaką bym zrobiła przyjeżdżając na wakacje do Nowej Zelandii. Dosyć popularne jest (przy dłuższych wakacjach) łączenie przejścia Tongariro i przepłynięcia Whanganui, jako że znajdują się one niedaleko siebie. Na wszystkich Great Walkach  rezerwuje się noclegi z wyprzedzeniem, a odcinki i trasa są z góry zdefiniowane – zazwyczaj więc te 3/4 dni spędza się (przynajmniej w chatkach i na polu namiotowym) z tymi samymi osobami. Jednymi z naszych towarzyszy  deszczowych niedoli podczas przechodzenia Northern Circuit była nowozelandzka rodzinka z dwiema córkami (rodzinne święta w górach), z którą to później przemierzaliśmy cały szlak Whanganui.

Całe “Journey” składa się z 5 jednodniowych odcinków, start w Ohinepane, koniec w Pipiriki. Można także dołączyć trochę później (w Whakahoro) i skrócić sobie cały spływ do trzech jednodniowych odcinków. Jest to najpopularniejsza opcja, większość firm wypożyczających kajaki i kanadyjki podrzuca uczestników właśnie tutaj. Na odcinku pomiędzy Whakaroho i Pipirki do campingów nie ma dostępu drogą lądową.

mapka

Przed wypłynięciem obawialiśmy się, czy damy sobie radę, jako że posiadamy zerowe doświadczenie w takich spływach, ale nie było się czego bać. Na pewno trzeba mieć trochę siły, ponieważ wiosłuje się po kilka godzin dziennie, ale rzeczny prąd zdecydowanie w tym pomaga. Kuba dzielnie sobie radził jako sternik, ja już trochę gorzej, więc większość trasy spędziłam z przodu jako siła napędowa i nawigator. Whanganui jest zaklasyfikowana w większej części jako rzeka klasy II w 5 stopniowej międzynarodowej skali trudności, czyli tak naprawdę na poziomie dla nowicjuszy. Największą trudnością podczas spływu jest omijanie przeszkód rzecznych – wystających konarów, gałęzi czy kamieni, które czasem bywają słabo widoczne oraz przeprawy przez bystrza, które mogą wywrócić kajak/kanadyjkę (szczególnie na ostatnim odcinku szlaku), jednak jest to raczej śmieszne doświadczenie niż straszne 🙂

Naszą bazą wypadową przed wyruszeniem na spływ był Holiday Park w Reatihi, stamtąd też wypożyczaliśmy naszą kanadyjkę. Holiday Park jest super, bo za 10$/os w kamperze/namiocie jest w cenie użytkowanie kuchni, łazienki i prysznica z ciepłą wodą, czyli tych wszystkich luksusów, które w większości Holiday Parków kosztują 20$ i więcej. Nasze canoe wypożyczaliśmy w tym samym miejscu ( Whanganui River Canoes), płacąc 180$/os za całą imprezę, czyli kanadyjkę na 3 dni, transport, 2 wodoodporne beczki na bagaże i resztę niezbędnego sprzętu (noclegi na trasie trzeba zorganizować i opłacić dodatkowo). Dostępnych jest sporo innych wypożyczalni, oferta cenowo jak i jakościowo jest podobna, my osobiście byliśmy zadowoleni z naszej.

Noclegi rezerwujemy na stronce DOC. Miejsce na polu namiotowym kosztuje 20$ za osobę, w chatce 32$. Na trasie jest dużo mniejszych pól namiotowych, więc nie trzeba nocować na tych najbardziej popularnych (John Coull i Tieke Kainga). Można sobie spokojnie samemu zaprojektować trasę i przepłynąć ją w 4 dni albo w 2, wszystko zależy od waszej fantazji. My płynęliśmy schematycznie, więc w naszych miejscach noclegowych były tłumy (w tym wycieczek zorganizowanych…:/)

Dzień 1 to poranne zebranie całego dobytku do beczek, oglądnięcie filmiku szkoleniowego i zapakowanie się do autobusu, który odwozi na początek spływu. Na 3-dniowej trasie trzeba być w 100% samowystarczalnym – do pól namiotowych i chatek dostęp jest tylko drogą rzeczną, więc nie ma możliwości “wyskoczenia” po jakieś dodatkowe zakupy. Gdy wypłyniecie, musicie dotrzeć do końca spływu, ewentualnie w momencie nagłego wypadku mogą was przetransportować jetboatem/helikopterem. Na całej trasie możecie tylko pomarzyć o czymś takim jak zasięg, dlatego też kilka osób z każdej grupy otrzymuje urządzenie ratunkowe, które po włączeniu wysyła sygnał SOS i naprowadza helikopter w miejsce Waszego pobytu (nawet nie chcę myśleć, ile taka przyjemność potem kosztuje…)

My oczywiście przygotowaliśmy się dokładnie – jedzenie, menażki, wszystko wzięte. Zapakowaliśmy nasze beczki na pakę i załadowaliśmy się do autobusu. Po kilku minutach jazdy ogarnął nas chwilowy niepokój – gdzie nasze butelki z wodą?(woda pitna na szlaku jest dostępna tylko na campingach, więc butelki są niezbędne). Nie ma ich z nami, więc na pewno są w beczkach… Po godzinie jazdy okazało się, że w beczkach ich jednak nie ma. I zonk. Jesteśmy pośrodku niczego, zaraz mamy ruszyć na spływ, a nie ma jak przewozić wody. Kuba pognał kilometr dalej do pobliskich zabudowań (kawiarni i dwóch domów) i po tym, gdy w kawiarni powiedziano mu, że wody nie ma (a jak), wykazał się zaradnością rodem z komiksów o Kaczorze Donaldzie i wyciągnął 2 litrową butelkę po mleku z kosza z recyclingiem 😀 Sprawdziła się.

Przed wypłynięciem na trasę przechodzicie krótkie szkolenie, jak omijać przeszkody, jak pokonywać większe bystrza, co robić na płyciźnie itp. Poza tym, dostajecie bardzo dokładne mapki z bardzo dokładnie opisanymi “rapidami”, dużymi przeszkodami i instrukcjami jak zabierać się za ich ominięcie/przepłynięcie każdej z nich (uczymy się nowych angielskich słówek takich jak “eddie” czy “shingle” 🙂 )

Trasa pierwszego dnia trwa około 7 godzin, podzielona jest na ok. 2-godzinne odcinki między kolejnymi campingami. Rzeka meandruje wśród lasów i bujnej roślinności, bez większych przeszkód czy innych trudności – cisza,spokój ( ludzie z grupy dosyć szybko się rozpraszają, więc płynie się w odosobnieniu), zagłuszane tylko szumem wodospadów, które tworzą się po większych deszczach. Po 4 godzinach wiosłowania byliśmy trochę przestraszeni, że wciąż nie minęliśmy nawet pierwszego postoju… Po 6 okazało się, że dopłynęliśmy do naszego noclegu – jak się później zorientowaliśmy, małe campingi są tak słabo oznaczone, że po prostu ich nie zauważyliśmy (tyle, jeśli chodzi o moje czytanie mapy pierwszego dnia). Nocleg spędziliśmy na campingu przy chatce John Cull, która znajduje się przy małej polance na rzecznej skarpie.

 

Dzień 2 to trochę więcej “ekscytacji”. Krajobraz się zmienia – płynie się środkiem skalnego wąwozu o pionowych ścianach (nie ma postojów, trzeba płynąć 🙂 ). Pojawia się coraz więcej bystrzy, trzeba też wymijać się z jetboatami, które pojawiają się na tym odcinku rzeki (i zagłuszają ciszę i spokój:/). Można zrobić sobie krótką przerwę od wiosłowania, zejść na ląd i rozprostować nogi na krótkim szlaku do “Bridge to Nowhere” (to tutaj płynie większość turystów w jetboatach). Most ten w Nowej Zelandii jest zabytkiem najwyższej klasy (jak wszystko, co ma więcej niż 70 lat :D), ale ciężko powiedzieć, żeby był to obiekt szczególnie interesujący (jak większość nowozelandzkich zabytków, nie popełniajcie tego błędu i nie dajcie się nigdy  skusić przydrożnym tabliczkom “historical place” :)) Za to wąwóz ponad którym most się rozpościera, Mangapurua Valley, jest nieziemski – przyroda w NZ jest zdecydowanie pierwszej klasy.  Bridge to Nowhere to most, do którego nie prowadzą żadne drogi – w teorii miał połączyć osady po obu stronach bardzo stromego wąwozu, jednak pomysł zaniechano ze względu na nieprzyjazne warunki naturalne (jeszcze raz – bardzo stromy wąwóz). Most powstał, drogi już nie – taka atrakcja. Od samego mostu bardziej ekscytujące jest przycumowanie do brzegu (przy pionowej skarpie) i skakanie po cudzych kajakach tak, aby dostać się na ląd 🙂

 

Nocleg drugiego dnia przewidziany jest w Tieke Kainga, maoryskim marae (miejsce spotkań). Oprócz standardowego campingu i chatki, w marae znajdziecie także wharenui (dom spotkańi totem lokalnego iwi (plemienia). Po przyjeździe zostajecie zaproszeni przez maoryskich mieszkańców marae i zarazem opiekunów chatki na oficjalne pōwhiri, czyli powitanie, któremu towarzyszą pieśni i maoryskie przemowy. Na koniec gospodarze witają się z każdym maoryskim powitaniem  – hongiByło to naprawdę fajne kulturalne doświadczenie, jako że z maoryską kulturą, nawet mieszkając w Nowej Zelandii, nie spotyka się na co dzień.

 

Dzień 3 to dosyć krótki 4-godzinny odcinek, jednak obfitujący w emocje. Na sam koniec czekają was największe bystrza, w tym Ngaporo Rapid, w którym fale wzburzają się nawet do 1 m. Duża część ludzi tu właśnie zalicza wywrócenie kajaka, my nie stanowiliśmy tutaj wyjątku. Jeśli ktoś się boi wywrotki, kajak zazwyczaj można przenieść brzegiem, tak żeby ominąć bystrze – ja chciałam tak zrobić z obawy o zamoczenie bagaży, ale Kuba się uparł. Gdy upadaliśmy, ponoć ostatnie co widział to mój wściekły wzrok;) Ostatecznie beczki faktycznie okazały się wodoodporne, bagaże przetrwały, my – choć mokrzy – także (na rzece cały czas macie na sobie kamizelki, więc ciężko się utopić). Po tej ekscytującej końcówce spływu pozostaje już wam tylko dopłynąć kawałek do Pipiriki, gdzie czeka na was autobus i po godzinnej jeździe powrotnej do Reatihi najwspanialsza część całego spływu – gorący prysznic.

 

 

Whanganui River Journey – informacje praktyczne

Wszystkie przydatne informacje znajdziecie na stronce DOC, tutaj kilka naszych spostrzeżeń:

woda: deszczówka lub woda ze strumienia jest dostępna na campingach, nadaje się do picia po przegotowaniu lub po uzdatnieniu tabletkami
• jedzenie: prowiant na każdy dzień należy mieć ze sobą. Jako że nie nosicie go na plecach, można sobie pozwolić na trochę szaleństwa i wziąć coś więcej niż ryż i tuńczyka 🙂
noclegi: najbardziej popularne jest nocowanie na campingach i w chatkach prowadzonych przez nowozelandzki Department of Conservation, jednak na Whanganui macie alternatywę. Jeśli potrzeba Wam trochę luksusu, drugiego dnia możecie przenocować w Bridge to Nowhere Lodge, które znajduje się praktycznie naprzeciwko Tieke Kainga. Jest też tam camping z ciepłym prysznicem (!!!), więc jest to bardzo kusząca alternatywa dla campingu w Tieke, tym bardziej, że można też się tam napić piwka (!!!)
• trasa: przygotujcie się na 5-7 godzin wiosłowania dziennie, ręce trochę bolą, ale nie wymaga to wcześniejszego przygotowania czy doświadczenia. Na szlaku jest wielu ludzi, więc w razie potrzeby zawsze ktoś pomoże.
pogoda: Whanganui pokonywaliśmy w pod koniec grudnia. Niebo przez większość czasu było zachmurzone, ale deszcz padał sporadycznie i krótko. Szczerze powiedziawszy, nie wyobrażam sobie płynięcia kajakiem pod palącym słońcem. Z pogodą nigdy nie wiadomo, ale raczej trzeba się nastawić na duże prawdopodobieństwo deszczu, niezależnie od sezonu.


2 thoughts on “Whanganui River Journey

    1. W Polsce też się znajdzie kilka miejscówek na zorganizowanie spływu, ale oczywiście my zawsze zapraszamy!:)

      Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s