Opowieści z dalekiej północy – Nortland, Far North i Bay of Islands

Większość z Was zapewne, kiedy usłyszy (bądź przeczyta) stwierdzenie Far North przed oczami ma Laponię, śnieg, sanie z reniferem i Mikołaja. Ale nie Nowozelandczyk… Każdemu Kiwi na stwierdzenie “Far North” zaświecą się oczy i zacznie wyobrażać sobie turkusowe morze, złote piaski i swój domek wakacyjny (bach).

Northland w Nowej Zelandii to najbardziej na północ wysunięty region Wyspy Północnej. Składa się z rejonów – Kaipara, Whangarei, Bay of Islands i Far North z przylądkiem Cape Reinga (który wcale nie jest najbardziej na północ wysuniętym punktem NZ:P). To region z subtropikalnym klimatem, gorącym latem i pięknymi morskimi zatokami. Dla mieszkańców Nowej Zelandii (a przynajmniej tej 1/3, która mieszka w Auckland) Northland to synonim przerwy świątecznej – w czasie dwóch tygodni wolnego wszyscy masowo udają się na północ, aby przez 2 tygodnie obijać się na plażach. My w zeszłym roku nie chcieliśmy być gorsi (w końcu z nas też Aucklandczycy, a co!) i przed Sylwestrem ruszyliśmy na objazd Dalekiej Północy.

Kawakawa – przystanek na siku

Miasteczko Kawakawa jest jak tysiące innych małych nowozelandzkich miasteczek na prowincji, jedna główna ulica, kilka sklepów, Mcdonalds i tyle. Nikt by pewnie nigdy o nim nie usłyszał, gdyby pewnego dnia Friedensreich Hundertwasser, autor słynnych wiedeńskich falujących domów, nie stwierdził, że to świetne miejsce, aby rzucić wszystko i właśnie tam zamieszkać. Hundertwasser żył i tworzył w Kawakawa. Żeby wypromować swoją mieścinę, zaprojektował w niej miejskie toalety, w swoim charakterystycznym stylu. Dziś Kawakawa jest punktem obowiązkowym europejskich wycieczek po NZ, choć sami Nowozelandczycy nie do końca wiedzą, o co z tymi szaletami chodzi 😛

Kerikeri

Do Kerikeri trafiliśmy przez przypadek, ponieważ tam znajdował się najbliższy publiczny grill w okolicy (Skomiałowy żołądek domagał się strawy:P) Był to bardzo szczęśliwy przypadek, ponieważ Kerikeri okazało się bardzo urokliwym miasteczkiem nad rzeką, z najstarszym kamiennym domem w NZ (z 1832 roku, taki zabytek!) i pięknym okalającym go ogrodem. Bardzo przyjemne miejsce na popołudniowego grilla 🙂 Warto też zaglądnąć do Rainbow Falls.

 

Paihia i Russell – Bay of Islands

Bay of Islands to zatoka w pn-wsch części NZ, która swoją nazwę zawdzięcza malutkim wysepkom po niej rozsianym. Według informacji wyczytanej ostatnio na tablicy informacyjnej, w zatoce jest ok. 90 wysepek, na wikipedii piszą, że 144, a ja się pytam, gdzie oni je znaleźli, bo ja na mapie potrafiłam się doliczyć ok. 20. Nie mniej jednak jest ich sporo i wyglądają uroczo. Najlepiej podziwiać je w czasie rejsu, my ostatnio odwiedziliśmy Paihie i spoglądnęliśmy na Bay of Islands trochę z innej perspektywy – z powietrza 🙂

Paihia to centrum turystyczne Bay of Islands. Znajdziecie tu mnóstwo hosteli, imprezowni i operatorów wycieczek po okolicy. Atrakcji na pewno nie zabraknie, wszystko zależy od zasobności Waszego portfela – od rejsów po zatoce po przeloty helikopterem. (jeśli jesteście chętni na jedną z nich, zajrzyjcie na GrabOne albo Bookme – może akurat coś się znajdzie? My załapaliśmy się na naszą paralotnię za pół ceny). Właśnie w Paihii spędzaliśmy Sylwestra 2017 – mam wrażenie, że tak jak połowa Auckland:P Miasteczko jest malutkie i jeśli nie jesteście fanami plażowania, sportów wodnych lub imprez, szybko możecie się nim znudzić. To takie idealne miejsce, aby poleżeć w barze z browarkiem w ręku i pochillować. Paihia ma także świetną bazę noclegową – hostele są naprawdę na wypasie! (my ostatnio spaliśmy w hostelu za 24$, który miał swój prywatny basen i darmowe korty tenisowe!) 

Nieopodal Paihi znajduje się wioska (miasteczko?) Waitangi, w które zasłynęło z podpisania traktatu pomiędzy Maorysami i Anglikami 6 lutego 1840 roku, na mocy którego Maorysi oddali swoje ziemię “pod opiekę” angielskiej królowej. Anglicy wykorzystali niewiedzę lokalnych mieszkańców oraz różnicę w dwóch tłumaczeniach dokumentu (angielskiej i maoryskiej) i de facto anektowali Nową Zelandię do brytyjskiej korony. Cały ten traktat to dosyć skomplikowana sprawa, chętni do zgłębienia tematu na pewno będą zainteresowani zajrzeniem do Waitangi Treaty Ground, gdzie można dowiedzieć się więcej o jego historii i zobaczyć sporo maoryskich artefaktów. Wejściówka jest dosyć droga (50$), więc na razie się jeszcze nie skusiliśmy (pewnie dlatego nie za bardzo ogarniamy, o co w tym wszystkim chodzi:P). Wiemy na pewno, że –  pomimo wielu kontrowersji jakie budzi – dzięki Treaty of Waitangi mamy wolne 6 lutego 🙂

Jeśli ktoś spędza trochę więcej czasu w Paihi warto wybrać się na wycieczkę rowerową szlakiem Twin Coast Cycle Trail. Turystyka rowerowa w NZ raczej kuleje (jeśli chodzi o ścieżki rowerowe i szlaki dla przeciętnego, szarego rowerzysty – za to parków MTB dla krejzoli szalejących po górach jest na pęczki 🙂 ), lecz ten szlak jest jednym z nielicznych tak dobrze zorganizowanych i rozreklamowanym. Cała trasa ma 80km i wiedzie z Opua, miasteczka nieopodal Paihi, do Horeke. Trasa jest głównie płaska, więc w sam raz dla takiego mistrza fitnessu jak ja ( jakby to było mało, to jeszcze mieliśmy moje firmowe rowery elektryczne :D). My w jeden dzień przejechaliśmy trasę z Opua do Kawaka i z powrotem – emocje trochę jak na grzybobraniu, ale rowerem wśród wody, zieleni, maoryskiej kultury i kolejowej scenerii zawsze warto pojeździć. 

 

Po drugiej stronie zatoki, oddalone o 20-minutową podróż łódką od Paihi (14$ w obie strony), leży urocze miasteczko Russell. Karorareka – bo tak się kiedyś ono nazywało – było jedną z pierwszych europejskich osad w Nowej Zelandii i wtedy bardzo daleko było mu do “uroczego”. Nazywano go “Hell Hole of Pacific”, bo to właśnie tu, do Nowej Zelandii, docierały wszystkie wyrzutki społeczeństwa, szukać swojego szczęścia. Dziś w Russell nie pozostało po nich śladu, poza nagrobkami przy starym anglikańskim kościele. Warto tu zajrzeć choćby po to, aby przespacerować się wśród starych wiktoriańskich domów i wspiąć się na Flagstaff hill, z którego można podziwiać panoramę Bay of Islands.

Ngawha Springs

To bardzo fajne, mimo wszystko wciąż mało popularne, gorące źródła. Prowadzone przez maoryskie iwi, są bardziej lokalną atrakcją, a i ceny nie są zaporowe (wejściówka 4$). Jeśli pogoda nie dopisuje (jak akurat nam wtedy), to super sprawą jest pójść wygrzać tyłki w jednym z kilkunastu basenów.

Te Paki Coastal Track – Ninety Miles Beach & Giant Sand Dunes

Ninety Miles Beach to chyba najpopularniejsza plaża w Nowej Zelandii. Raczej nie można powiedzieć, że najpiękniejszą (jest spora konkurencja), ale na pewno jedną z dłuższych. W rzeczywistości ma tylko 55 mil (88 km), co jednak i tak robi wrażenie. Plaża ciągnie się od miasteczka Ahipara aż po pn kraniec wyspy w pobliżu Cape Reinga. Najpopularniejszym sposobem na poznanie plaży jest zabranie się na pokład autobusu wycieczkowego, który przewiezie Was z jednego jej końca na drugi. Nam się ta wizja ani trochę nie podobała, dlatego wynaleźliśmy sobie Te Paki Coastal Track – 3-4 dniowy szlak wiodący przez kawałek 90-miles Beach, do Cape Reinga i dalej na wschód do zatoki Spirits Bay. (Alternatywą dla autobusu jest wzięcie swojego auta i przejechanie plaży, jednak po pierwsze – musi być to auto 4×4, nasz Nissanik niestety taki pro nie jest:( Po drugie, zazwyczaj odradza się to nawet przystosowanym do tego typu atrakcji autom – bardzo łatwo się zakopać i utknąć na dość długo. Sami byliśmy świadkami bezowocnych zmagań ludzi w jeepach, aby wyciągnąć auta z łachy :P)

My postanowiliśmy przejść tylko część szlaku Te Paki ze względu na logistykę – jest to szlak jednostronny i trzeba zorganizować sobie transport z obu jego końców, co jest dosyć problematyczne. Zdecydowaliśmy się zakończyć naszą trasę na Cape Reinga – w tym celu pierwszego dnia rano podjechaliśmy na przylądek, zostawiliśmy tam nasz samochód i udaliśmy się łapać stopa. W miejscu tak turystycznym była to pestka – po 10 minutach już jechaliśmy na początek szlaku z francuskim turystą, który podwiózł nas aż pod same wydmy.

Te Paki rozpoczyna się (bądź kończy, jak kto woli) przy końcowym fragmencie 90-ty Miles Beach, gdzie na plaży rozpościerają się Giant Sand Dunes. My nie do końca wiedzieliśmy, iż takie coś w Nowej Zelandii w ogóle jest, dlatego szczena nam opadła, gdy je zobaczyliśmy po raz pierwszy. Co tu dużo mówić – Łeba się chowa 😛 Wydmy są naprawdę gigantyczne, można się poczuć niemal jak na Saharze. Oczywiście, Nowa Zelandia nie byłaby Nową Zelandią, gdyby ktoś nie wymyślił jakieś szalonej atrakcji w pobliżu:) Na wydmach więc możecie uprawiać boogieboarding, czyli zjazd na krótkiej desce, trochę jak do surfingu. Zazwyczaj używa się jej na wodzie, ale jak widać na piasku też całkiem dobrze się sprawdza:) Oprócz tego widzieliśmy też kuligi w wersji plażowej – dzieciaki na sankach ciągane przez auta po piasku 😛

Nasza cała wycieczka trwała dwa dni – pierwszy, krótszy odcinek trasy kończył się na noclegu na Twilight Campsite. Pola namiotowe na szlaku są darmowe, więc nie spodziewajcie się na nich nic więcej niż deszczówki w zbiorniku. Za to widoki na campingu czekają Was wyjątkowe – jest usytuowany na klifie nad samym morzem – wspaniała miejscówka do podziwiania zachodów słońca.

Trasa dnia drugiego była już zdecydowanie dłuższa, wędrówka z plecakiem, po plaży, w skwierczącym słońcu do najłatwiejszych nie należy. Jednak trud zdecydowanie wynagradzają widoki – tutaj właśnie widziałam najpiękniejszą (jak dla mnie) plażę w Nowej Zelandii – Przylądek Maria Van Diemen z czystą, krystaliczną wodą i złotym piaskiem. Cały dzień wędrówki był zdecydowanie wart tego widoku

Te Paki jest ostatnim (bądź pierwszym:)) odcinkiem Te Araroa Trail – szlaku wiodącego przez całą Nową Zelandię, od Bluff na pd Wyspy Południowej aż do Cape Reinga na północy. Przejście całego szlaku zajmuje około 2-3 miesięcy i tak naprawdę często spotykamy na szlakach ludzi, którzy się na taką wyprawę porywają. My Te Araroa robimy odcinkami, ale to niestety się chyba nie liczy jako życiowe osiągnięcie:P

Cape Reinga

Cape Reinga to bardzo ważne miejsce w maoryskich wierzeniach. To właśnie stąd duszę zmarłych ruszają w podróż w zaświaty. Zejście do Hawaiki, maoryskiej drugiej strony, znajduje się u podnóży rosnącej na skarpie 800-letniej Pohutekawy. Podobne wierzenia można spotkać na Samoa, gdzie Cape Mulinu’u, najbardziej wysunięty na zachód przylądek Savai’i, stanowi bramę w zaświaty. Wbrew jednak lokalnym przekonaniom, Cape Reinga wcale nie jest żadnym z “naj” przylądków Nowej Zelandii. Najbardziej wysuniętym na zachód jest Przylądek Maria van Diemen, natomiast najbardziej wysunięte na północ miejsce kraju to klify Surville (oddalone kilka km na wschód od Cape Reinga)

Gdy dotarliśmy na Cape Reinga ze szlaku, nie czekały na nas oszałamiające widoki. Jedyne co byliśmy w stanie zobaczyć to latarnie na przylądku, zapomnijcie o jakimkolwiek morzu:P Co więcej – prognoza nie wróżyła najlepiej. Następnego dnia zapowiadano bardzo silny sztorm na całej Wyspie Północnej. My byliśmy jednak bardzo zdeterminowani – skoro już dotarliśmy na ten koniec świata (bo to może nie wygląda tak na mapie, ale jest strasznie daleko z Auckland), musimy mieć jakieś ładne zdjęcia. Zaszyliśmy się na pobliskim campingu, gdzie cały kolejny dzień spędziliśmy w aucie – nie przestało padać ani na sekundę (odsyłamy do filmiku poniżej:D). Dopiero kolejnego dnia udało nam się złapać trochę promieni podczas wschodu.

Waipoua Kauri Forest

Pierwotny las Waipoua to miejsce, w którym możecie podziwiać Nową Zelandię taką, jaka była lata temu, zanim została skolonizowana przez Europejczyków. Dziś może się to wydawać abstrakcją, ale pierwotnym krajobrazem kraju wcale nie były zielone pastwiska na wzgórzach, z urokliwymi stadami owiec. Jeszcze wcale nie tak dawno, 1000 lat temu, Nową Zelandię w 80% stanowiły lasy, takie jak ten w Waipoua. Obecnie jest to 24%… Destrukcyjny wpływ człowieka jest widoczny w Nowej Zelandii po dziś dzień. Dla moa jest już za późno (jak i dla wielu innych, mniej znanych, nowozelandzkich ptaków), kiwi, kakapo i kea są krytycznie zagrożone, lokalne drzewa kauri zostały wycięte ze względu na ich cenne drewno w XIXw. przez angielskich osadników. Resztkę, która pozostała, od lat dziesiątkuje choroba “kauri dieback disease”, do której rozprzestrzenienia przyczynia się w dużej mierze człowiek. Nowozelandzki rząd robi wszystko, aby ochronić lokalne gatunki; lata pokażą, czy im się to uda. 

Waipoua to pierwotny las, w którym możemy podziwiać ogromne i bardzo wiekowe drzewa kauri. Kauri jest drzewem endemitem, występuje tylko i wyłącznie na Wyspie Północnej Nowej Zelandii. Jego pień osiąga gigantyczne rozmiary (5 m średnicy, a niegdyś i więcej) i jest drugim co do wielkości drzewem na świecie, po amerykańskiej sekwoi. 

W Waipoua na każdym kroku można spotkać rosnące piękne, ogromne kauri, jednak jest kilka “perełek”, które przyciągają turystów z całego świata. 

  • Tane Mahuta, “God of the Forest” – ponad 2500 letnie, największe wciąż żyjące kauri – 14 m w obwodzie, 18m wysokości. ( starsze i jeszcze większe, zostały powycinane właśnie z końcem XIX w., największe odnotowane w dokumentach kauri miało 26m obwodu). Spotkanie oko w oko z tym gigantem naprawdę robi wrażenie 🙂
  • Te Matua Ngahere “Father of the Forest” – drugie największe kauri na świecie,o jeszcze szerszym pniu niż Tane Mahuta (17m w obwodzie), choć ciut młodsze – ma ok 2000 lat
  • Four sisters – 4 rosnące bardzo blisko siebie drzewa kauri, stąd nazwa
  • Yakas tree – jest to 7-me największe kauri w NZ, jednak naprawdę warto do niego podejść. Znajduje się on na końcu 35 minutowego szlaku ( w odróżnieniu od reszty, która stoi praktycznie przy drodze i dojście do nich zajmuje ok 10min z parkingu). Z tego względu mało kto zapuszcza się na tak “daleką” wycieczkę (co jest bardzo straszne…), więc cały szlak macie dla siebie. Można w ciszy i osamotnieniu kontemplować piękno tego dziewiczego lasu oraz podziwiać wiele ciekawych okazów (jak np Cathedral Grove)

Przed wejściem na każdy szlak w Waipoua, jak i w większości lasów w Waitakere, Coromandel czy Waiheke, stoją dezynfektory i szczotki, którymi należy przed każdym wejściem i po wyjściu z lasu wyczyścić buty. Ma to chronić przed rozprzestrzenianiem się choroby, zwanej w Nowej Zelandii “kauri dieback disease”, której bakteria jest przenoszona właśnie przez ludzi z zainfekowanych drzew na zdrowe. Kauri są ogromnymi drzewami, jednak mają bardzo płytko położone systemy korzeniowe, dlatego też są bardzo podatne na czynniki zewnętrzne – czyszczenie butów i pozostawanie zawsze na wyznaczonym szlaku są bardzo ważne dla ochrony tych pięknych drzew. To właśnie z tego powodu, przy wjeździe do Nowej Zelandii jesteście pytani o buty trekkingowe, namioty itp., a gdy okażą się niezbyt czyste, Pan na lotnisku, całkiem darmowo, zafunduje Wam ich czyszczenie – wszystko po to, aby nie wwozić do kraju nowych bakterii, które mogą zaszkodzić rodzimym gatunkom. Niestety, mimo tych wszystkich starań, choroba wciąż się rozprzestrzenia i obecnie większość szlaków w Waitakere, jak i Yakas Track w Waipoua, są zamknięte dla turystów ze względu na rozprzestrzenianie się Kauri dieback disease

Used vectors designed by Freepik


One thought on “Opowieści z dalekiej północy – Nortland, Far North i Bay of Islands

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s