Mischief managed, czyli historii kilka o kei

Kea, endemiczna nowozelandzka papuga, jest stałą towarzyszką naszych górskich wędrówek po Wyspie Południowej. Jej nazwa wzięła się od dźwięku, który wydaje podczas lotu – skrzek “kiiiiii aaaaa” słychać z daleka podczas wszelkich trekkingów. Gdy uda Wam się zobaczyć ją z bliska, zachwycicie się jej pięknymi kolorami. Z zewnątrz umaszczona jest na brązowo-zielono (tak, aby wtopić się w krajobraz), jednak gdy przyjrzycie się dokładniej, zobaczycie wszelkie odcienie zieleni i turkusu, w locie natomiast pokazuje swoje pomarańczowe ubarwienie pod skrzydłami. Jest jedyną na świecie papugą zamieszkującą obszary alpejskie – gniazduje pod skałami na odsłoniętych wysokogórskich zboczach i żywi się znalezionymi tam roślinami lub robakami. Jednak spośród pozostałych ptaków, keę najbardziej wyróżnia jej inteligencja. Jest to jeden z najmądrzejszych ptaków na świecie, oszacowano, że kea przeciętnie ma IQ równe IQ kilkuletniego dziecka ( więc chyba można by stwierdzić, że jest mądrzejsza niż część dorosłych ludzkich osobników). W parze z inteligencją idzie także niezwykła ciekawość świata i psotliwość, która jest jej niezbędna, aby cały czas znajdować nowe źródła pożywienia w tym trudnym terenie, na którym żyje. W Nowej Zelandii nie znajdziecie tablicy informacyjnej o kei, gdzie nie wystąpią w opisie takie słowa jak “mischievious”, “inquisitive” i “cheeky”. Kea ma w naturze badanie wszystkiego, co jest jej nieznane… a badanie to wykonuje za pomocą swojego niezwykle silnego i sprytnego dzioba:) Na większości górskich nowozelandzkich campingów znajdziecie ostrzeżenia, aby nie zostawiać nic w pobliżu namiotów, ponieważ kea w nocy może się tym zainteresować, a rano możecie już tego nie znaleźć (lub znaleźć zniszczone). Czasem zdarzają się też przypadki, że ptaki mogą zainteresować się waszym namiotem, a w starciu z ich dziobem niestety żaden materiał nie wygra 😛 z kolei w schroniskach na szlakach górskich zasadą jest, żeby swoje buty wiązać ze sobą i wieszać na hakach – gdy zostawicie je leżące osobno, rano jeden z nich możecie znaleźć wiszący gdzieś na drzewie. Dwóch związanych ze sobą kea już nie uniesie 🙂

To właśnie ta ciekawska natura przysparza kei najwięcej kłopotów. Przed przybyciem ludzi do Nowej Zelandii, populacja tych ptaków wynosiła ok 200 tys., obecnie jest to 1000 -5000 sztuk i liczba ta wciąż maleje…co się stało? To co zwykle -człowiek. W XIX w. do Nowej Zelandii  zaczęli docierać europejscy osadnicy. Wycięli lasy i zagospodarowali górskie polany pod hodowle owiec. Na terytorium kei zaczęli budować domy i farmy. A kea jak to kea, zaczęła być zainteresowana nowymi obiektami w jej otoczeniu, w tym wypadku owcami. Spotkania z pazurami i dziobem kei nie kończyły się dla tych ostatnich najlepiej, farmerzy podnieśli lament i za głowę kei wyznaczono nagrodę – 10 szylingow. Na przestrzeni 100 lat wybito ponad 150 000 tych przepięknych ptaków. Nagroda za głowę kei została zniesiona dopiero w latach 70-tych XX w. (!!!), resztka populacji uzyskała ochronę w 1986 roku… Nowa Zelandia w świadomości większości ludzi jest krajem “green” i “eco”, jednak tak naprawdę bardzo daleko im do ideału. Mają dużo gatunków na sumieniu, a aktualnie próbują naprawiać swoje błędy sprzed ostatnich 150 lat. Historia kei w NZ bardzo często przypomina mi sytuację wilków w Polsce, może chociaż w tym wypadku nauczymy się na błędach innych?

Obecnie na głowę kei nie jest nałożona nagroda, nie znaczy to jednak, że ma ona lekkie życie. Człowiek oprócz  siebie, największego szkodnika, przywiózł ze sobą mnóstwo innych zwierząt, które nigdy nie powinny znaleźć się w Nowej Zelandii. Pierwotnie wyspę zamieszkiwały tylko ptaki ( i mały gatunek nietoperza). Jedynym zagrożeniem dla większości istot tu żyjących były 2 gatunki ptaków drapieżnych i to przeciwko nim wykształcały one swoje taktyki obronne (czyli np. chowanie się w krzakach lub zamieranie w miejscu, jak kiwi, ponieważ wtedy niedostrzegalne były z powietrza) Wraz z kolonizatorami przybyły do NZ inne gatunki, które czasem dostały się tu na gapę, czasem zostały introdukowane celowo. Szczury, łasice, gronostaje, oposy i króliki to zmora Nowej Zelandii. Przywiezione przez człowieka, bardzo szybko rozprzestrzeniły się na wyspie, gdzie nie maja żadnych naturalnych wrogów, za to mnóstwo pożywienia. Zaczęły siać spustoszenie wśród lokalnej fauny i flory i robią  to do dzisiaj.

Dla kei największym wrogiem są różnego rodzaju łasice, które wyjadają jaja z ziemnych gniazd  i zabijają  już wyklute młode. Także człowiek stanowi nadal zagrożenie. Częstym powodem śmierci dorosłych ptaków jest zatrucie ołowiem, który był dawniej używany do budowy domów i jest do dziś elementem dachów. Ołów dla kei ma bardzo słodki smak, dlatego uwielbiają one go,ku swojej zgubie, wydziobywać. Poza tym turyści karmią ptaki, co sprawia, że zaczynają one kręcić się w pobliżu ludzi zamiast szukać jedzenia w górach i bardzo często giną pod kołami samochodów (dlatego ich nigdy nie karmcie!!!). Niestety jest to nad wyraz widoczne np. w Arthur’s Pass, które jest jednym z większych skupisk kei w NZ. Będąc na szlaku, wysoko w górach, nie spotkaliśmy żadnego ptaka, za to na parkingu, po powrocie, znaleźliśmy już gang 6 kei wygryzających gumy z wycieraczek (to też jest ich przysmak). W kawiarni w mieście zawsze można spotkać jedną czy dwie kee,  czyhające tylko, aby ukraść coś z talerza nieuważnym turystom.

Kea jest naszym ukochanym ptakiem, uwielbiamy ją za charakter, za piękno, za to, że urozmaica nam zawsze górskie szlaki. Można się z kogoś pośmiać, można z kimś pogadać ( uwielbiam sobie poskrzeczeć razem z keą 😉 ) . Kuba kiedyś stwierdził, że mamy na ich punkcie pierdolca i chyba to jest najlepsze określenie naszego wobec nich uczucia 🙂 Gdy znajdziemy jakąś kee, siedzimy i ją obserwujemy, dopóki sama od nas nie odleci (czasem to nawet trwa kilkadziesiąt minut, inni zazwyczaj już się nudzą po 10 ) Kiedy tylko słyszymy skrzek kei w górach, od razu pojawia nam się banan na twarzy, a w głowie myśl “oho, ciekawe co dziś  lecą nabroić”. Bierzemy ze stoickim spokojem wszelkie szkody, które mogłyby wyrządzić naszemu dobytkowi (choć nigdy tego nie zrobiły). To my przychodzimy do ich domu, wiec to naszym obowiązkiem jest się “zabezpieczyć”. W Arthur’s Passie lepiej spać w samochodzie niż w namiocie, wszędzie indziej chować swoje rzeczy przed ciekawskimi oczami (i dziobem!) kei. A gumę z wycieraczek można wymienić za 6$, mała strata:) Zresztą, jak tu nie kochać takich gwiazd? 🙂

Z naszych podróży po Nowej Zelandii najwięcej śmiesznych anegdotek mamy właśnie z keą w roli głównej:

  1. Mueller Hut, Mt Cook Village ( historia z ulotki w chatce ) – historia miała miejsce kilkadziesiąt lat temu, gdy stała jeszcze stara Mueller Hut (aktualnie wybudowana jest super-ekstra-wypasiona chata numer 5). Stara chatka była bazą wypadową dla wspinaczy na Mt Sefton. Pewnego dnia wieczorem pojawiło się w niej 2 wspinaczy, którzy chcieli rano wyruszyć z chaty, aby właśnie dobyć właśnie ten szczyt. Przed pójściem spać krzątali się jeszcze dookoła schroniska – wychodzili na zewnątrz do toalety, może zbierali drewno do pieca ( w tym miejscu zaznaczę – drzwi w starej chacie od zewnątrz i wewnątrz zamykane były na zasuwkę) Położyli się spać, aby obudzić się rano i odkryć, że są zamknięci w chacie od zewnątrz. Jakaś sprytna kea przyglądała się, jak zasuwają drzwi, a później sama spróbowała to powtórzyć. A co, przecież może! Chłopakom udało się otworzyć drzwi po godzinie, Mt Sefton tego dnia nie zdobyli, ale liczę, że przynajmniej mieli trochę śmiechu;)

  2. Mintaro Hut, Milford Track – rano, przed wyjściem na szlak, odwiedziła nas ta oto sprytna koleżanka, która stwierdziła, że nie, nie, nie, furtka na lądowisko dla helikopterów zdecydowanie nie powinna być zamknięta, należy ją otworzyć 🙂

  3. Iris Burn Campsite, Kepler Track – gdy dotarliśmy wieczorem na camping Iris Burn, od razu spostrzegliśmy wszędzie ostrzeżenia, że w okolicy grasuje keowy gang 🙂 Bardzo dokładnie więc schowaliśmy wszystkie rzeczy do namiotu lub pod namiot. Wieczorem żadnej kei nie zobaczyliśmy, więc spokojnie położyliśmy się spać. Rano, o 6, obudził nas skrzek na kilka gardeł, prosto nad naszymi głowami. Cała ekipa leciała siać gdzieś pożogę i zniszczenie, jednak oddalały się od nas, więc zaczęliśmy się układać z powrotem spać. Po chwili usłyszeliśmy jak coś delikatnie tarmosi folię pod naszym namiotem. Kuba stwierdził, że to kea, a ja mu odpowiedziałam, że gdzie tam, na pewno nie, bo nic nie słychać ( żadnych odgłosów ), pewnie jakiś robin czy inny mały ptaszek dziobie tam nam to złotko. Znowu zapadła chwilowa cisza, po czym zaczęliśmy słyszeć cykliczne uderzanie jakiegoś przedmiotu o ziemię. Ja myślałam, że to jakaś ludzka robota, ktoś próbuje wbić śledzia kamieniem lub coś podobnego, jednak Kuba wyskoczył ze śpiwora, otwiera namiot i co ukazuje się naszym oczom? 2 metry od namiotu stoi kea, a obok niej leży jeden z naszych kijków trekkingowych (który był schowany pod tropikiem). Kijek okazał się dla niej za duży, więc co jakiś czas jej wypadał, gdy go próbowała zakosić. Nie wydała wtedy z siebie żadnego dźwięku! ( a zazwyczaj jest to bardzo rozmowne stworzenie :)). Jako że my już wystawiliśmy głowy z namiotu, nasza koleżanka złodziejka postanowiła znaleźć sobie nową ofiarę, a konkretnie buta wystającego spod rozbitego obok nas namiotu. Wytarmosiła go za sznurówkę spod tropika i pewnie byłoby po bucie, gdyby nie pojawił się jakiś kampingowicz, który ją przegonił (my obserwowaliśmy wszystko wystawiając głowę z namiotu, a co tam będę jej zabawę przerywać:P). Kea jednak nie dała za wygraną, uciekła za drzewo i stamtąd kukała, czy droga do buta jest bezpieczna. Kiedy człowiek zniknął jej z oczu, znowu poskikała ( one tak wspaniale, śmiesznie skaczą, gdy chodzą po ziemi! ❤ ) do buta i znowu go zaczęła tarmosić. Znowu pojawił się człowiek i znowu schowała się za drzewo. Sytuacja powtórzyła się jeszcze 2 razy, a pewnie powtórzyłaby się i kilkanaście razy (kea wyglądała na zdeterminowaną, żeby dobrać się do tego buta), gdyby z namiotu nie wyłoniła się ręka i nie schowała buta do środka. My ten cały spektakl oglądaliśmy jak urzeczeni, niczym najlepszy kabaret. Wspomnienie tej kei wychylającej głowę zza drzewa, żeby sprawdzić czy droga wolna, pozostanie na zawsze jednym z najzabawniejszych obrazów, jakie widziałam w życiu.

    DCIM100GOPROGOPR3267.JPG
  4. Kepler Track – na trasie na grani spotkaliśmy jedną keę, która bardzo zainteresowała się pułapką na łasice. Takie pułapki można spotkać w całej Nowej Zelandii, jednak te na Kepler Tracku różnią się od reszty – są masywniejsze, z mocniejszymi kratami i przede wszystkim są przymocowane do podłoża (zazwyczaj są to po prostu drewniane pudła, które się kładzie w pobliżu szlaku). Powód? Jak widać na filmiku, pułapki na Wyspie Południowej musiały zostać “kea-proof”. Papugi zorientowały się, że w środku są smakołyki (wsadza się tam jajka, aby zwabić łasicę), a jako że były za duże, aby po nie sięgnąć do środka, po prostu wywracały pudła. Pułapka rozwalała jajko, wypływało ono na ziemię i voila – uczta dla kei jest. Kea z naszego filmiku bardzo usilnie próbowała dobrać się do zawartości pułapki. Kiedy próby jej rozwalenia okazały się bezskuteczne, znalazła sobie kijek i zaczęła nim grzebać z jednej, a później z drugiej strony. Był trochę za krótki, więc jej się nie udało i odleciała rozzłoszczona. Obserwowaliśmy spryciule jak urzeczeni, bo wcześniej takie historie widzieliśmy już na filmie, który bardzo polecamy, komuś kto może choć trochę się zainteresuje tymi ptakami – Beak&Brain. Genius birds from Down Under

  5. Luxmore Hut, Kepler Track – wieczorem w schronisku odwiedziła nas jedna kea, która oprócz odstawienia klasycznego show dla turystów, przeczesywała szpary w drewnianych stołach w poszukiwaniu smakołyków (wiecie, takich zrobionych z kilku desek, więc te szpary są dosyć duże i myślę, że często udaje jej się znaleźć coś dobrego 🙂 )

  6. Luxmore summit, Kepler Track – jako że byłam leniwa i na wschód słońca na Luxmore Summit wchodzić mi się nie chciało, Kuba znalazł sobie inną kompankę 🙂

  7. Ball Hut, Mt Cook Natonal Park- na Ball Hut spotkaliśmy najbardziej gadatliwą keę na świecie, do tego wydawała różnego rodzaju niesamowite dźwięki, które doprowadzały nas do łez. Razem z nią w okolicy kręciły się też jej towarzyszki, które pojawiły się na dachu naszej chatki, próbując odgryźć antenę i wyginając blaszane dachówki. Najwyraźniej koleżanki są mieszkankami Tasman Valley, bo w “intention book” w chacie znalazłam same komentarze w stylu “bloody keas ate my mat”, “gang of keas destroyed my tent” i tego typu historie 😛 (btw., Ball Hut to najlepsza chatka w NZ w której byliśmy!)

Nam los kei bardzo leży na serduchu i mamy nadzieję, że uda się uratować te piękne ptaki. Zawsze bolało nas to, że w Nowej Zelandii bardzo dużo mówi się (i robi też) w ramach ochrony kiwi. Nic dziwnego, w końcu to symbol narodowy. Jednak kiwi, mimo że wciąż są ptakami zagrożonymi i ich populacja ciągle maleje, nie najgorzej sobie radzą – w Nowej Zelandii jest ich ok 70 tys. Nie mówimy, że w ramach ochrony kei nic się nie robi, bo byłaby to nieprawda, jednak jest o tym, tak jak o sytuacji kei w NZ, zdecydowanie ciszej. Ludzie też nie zdają sobie sprawy z tego jak mało jest kei w NZ, bo – w przeciwieństwie do kiwi, które jest ptakiem nocnym, chowającym się w leśnym buszu – keę można w Nowej Zelandii spotkać bardzo łatwo, wystarczy wybrać się w góry, a ona sama do Was przyjdzie. Dlatego też kogokolwiek nie spotkaliśmy na szlaku, zawsze w czasie rozmowy przytaczaliśmy historię tych ptaków. Tak dla świadomości, bo byłaby wielka szkoda, gdyby za kilka lat w nowozelandzkich górach nie miał kto psocić.

PS. Piękne zdjęcia kei są oczywiście dziełem Kuby, który uwielbia na nie “polować” z obiektywem. Dawniej musiałam go siłą ciągnąć i prosić o fotkę kota, psa czy innego pierzastego stworzenia. Dziś jest tak, że idziemy 8 godzin 20-kilometrowy szlak z 16 kg plecakiem, dochodzimy do campingu, rozwalamy namiot i jedyne na co ja mam w tym momencie ochotę, to leżeć z nogami wywalonymi do góry. A Kuba wtedy wstaje, bierze aparat i mówi, że idzie sobie poszukać jakichś ptaszków, a nuż coś będzie. I po pół godziny wraca ze zdjęciem jednego z najrzadszych ptaków w Nowej Zelandii (1000 sztuk), kaczki Whio (Blue Duck), którą większość Kiwi zobaczy w życiu tylko na 10$ banknocie! Tak to się porobiło 🙂


Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s