Housesitting/Petsitting w Australii

Zacznijmy od początku, czyli w ogóle skąd ten pomysł? Jak wiadomo, początki w nowym miejscu, a kraju to już w ogóle, bywają ciężkie. Trochę tych początków mamy już za sobą, jednak przeprowadzka do Nowej Zelandii to był nowy początek level extreme. Drugi koniec świata, bez pracy, bez mieszkania czy akademika… Właściwie to nawet bez noclegu na pierwsze dni, bo ten zarezerwowałam podczas naszej 5-godzinnej przesiadki w Bangkoku. Pierwsze dni w Auckland spędziliśmy w hostelu, głównie śpiąc (jetlag pierwszy raz w życiu dał popalić). Po kilku dniach zaczęliśmy się rozglądać za pokojem do wynajęcia. Poszło nam to dosyć szybko, po tygodniu znaleźliśmy już lokum, niestety było ono wolne dopiero za kolejne 3 tygodnie. Nie mieliśmy więc zbytniego wyboru i w ten oto sposób przemieszkaliśmy miesiąc w naszym super budżetowym backpackerskim hostelu.

Nie zrozumcie nas źle, my jesteśmy fanami hosteli – zazwyczaj to najtańsze opcje noclegowe, a cena to jedyna rzecz, która mnie interesuje podczas rezerwacji noclegów. Jednak jest duża różnica pomiędzy spędzeniem paru dni w 20-osobowym pokoju, gdy podróżujecie, a spędzenia miesiąca, podczas którego normalnie chodzicie do pracy. Nie było tak źle, byliśmy burżujami i przez ten miesiąc mieszkaliśmy w pokojach 2-osobowych, jednak mimo wszystko – hostel pozostaje hostelem. Po miesiącu mieliśmy już serdecznie dosyć karaluchów w kuchni (te akurat w domu też potem były, ale dobra:P), tłumów w kuchni i małolatów w wełnianych czapkach przy śniadaniu 😛 Kuba chyba do dzisiaj ma traumę po tym okresie, a ja też nie wspominam go najlepiej. 

Dlatego w marcu, kiedy zbliżał się już termin naszego wyjazdu do Australii, zaczęliśmy kombinować i szukać jakiejś alternatywy. AirBnB nie wchodziło w grę, bo mimo wszystko to wciąż droga opcja; Couchsurfing też nie bardzo, bo raczej nie chciałabym siedzieć nikomu tak długo na głowie. Wtedy to pomyślałam o house/petsittingu i zaczęłam się rozglądać jak sprawa wygląda w Australii.

House/Petsitting – co to w ogóle takiego? 

Housesitting/petsitting to po prostu opieka nad czyimś domem i zwierzakami, gdy właściciele wyjeżdżają na wakacje. Korzyść jest obustronna – wy dostajecie darmowe lokum, wraz z internetem, netflixem i innymi różnymi dogodnościami, zwierzaki mają zapewnioną opiekę we własnym domu (czyli w znanym środowisku), więc dużo lepiej radzą sobie z rozstaniem ze swoim panem; natomiast właściciele oszczędzają mnóstwo pieniędzy na hotelach dla zwierząt i zapewniają sobie spokój ducha, że ktoś opiekuje się ich zwierzakiem i dobytkiem. Australia to jeden z krajów z największym odsetkiem zwierząt domowych na świecie (ponad 60% osób ma zwierzaka), widać to choćby po ilości przychodni weterynaryjnych czy psich fryzjerów, dlatego też housesitting to bardzo popularna rzecz. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, ile osób z tego tu korzysta i wcale nie mówię tu tylko o właścicielach zwierzaków czy turystach. Wielu Australijczyków, szczególnie emerytów bądź ludzi pracujących zdalnie, zrobiła sobie z tego swój sposób na życie. Zamiast wynajmować mieszkanie, podróżują po różnych zakątkach Australii, rezerwując sobie domy do opieki na rok do przodu. W Australii istnieje wiele stron housesittingowych (tutaj lista, gdyby ktoś szukał), my od samego początku korzystamy tylko z jednej – aussiehousesitters.com.au – i na razie jeszcze się nie zawiedliśmy. Od pół roku mieszkamy w Australii i za mieszkanie zapłaciliśmy równe 130$ ;P (to koszty AirBnb, gdy mieliśmy luki pomiędzy kolejnymi opiekami)

Jak się za to zabrać? Najpierw trzeba się zorientować, która z wielu dostępnych w internecie stron housesittingowych jest najpopularniejsza w kraju, który was interesuje. Najlepiej przejrzeć przed rejestracją ilość ogłoszeń, zobaczyć na wstępie, czy jest coś, co by Was interesowało. Dlaczego? Rejestracja na stronie kosztuje (ok 50-100$ za roczny dostęp), więc raczej nie będziecie rejestrować się na wszystkich, a najlepiej mieć dostęp do dużej liczby ogłoszeń. Ja wyczytałam, że Aussiehousesitters w Australii cieszy się dobrą opinią i jak najbardziej okazało się to prawdą. Zarejestrowaliśmy się razem z Kubą (można utworzyć jedno konto, jako para) za 85$. Najlepiej wydane pieniądze w życiu (mówiliśmy tak po pierwszych 2 tygodniach, teraz to już właściwie nie wiem, jak nazwać tę inwestycję:P)

Kolejnym krokiem jest utworzenie swojego profilu na stronie. Wiadomo, trzeba się zareklamować, ale bez przesady. My radzimy po prostu pisać prawdę, u nas się zawsze sprawdzało (tu nasz profil jakby ktoś był zainteresowany;) ). Opisaliśmy tam, że przeprowadzamy się z Nowej Zelandii do Australii i potrzebujemy tymczasowego lokum, gdy będziemy szukać pracy, a także swoje doświadczenie ze zwierzętami. Ja zawsze żyłam w domu z psami, przynoszonymi, znalezionymi na ulicy kotami, żółwiami, chomikami i generalnie ze wszystkimi możliwymi żywymi stworzeniami, więc doświadczenie mam (nawet doświadczenie w zaprzyjaźnianiu chomika z kotem, co skończyło się pogryzionym palcem mojej 5-letniej osoby i przedwczesnym zgonem rzeczonego chomika, jednak przynajmniej już od tego czasu wiem, że chomik z kotem nie zostaną przyjaciółmi:P). 

Następnie możecie zacząć przeglądać oferty. Zazwyczaj wybieracie konkretną lokalizację (dajmy na to – Melbourne), później maksymalną odległość w jakiej zdecydujecie się zamieszkać (powiedzmy, 50 km od Melbourne. Warto wybierać duży zasięg, żeby wyświetliły się wszystkie dostępne oferty). Mamy możliwość filtrowania po dacie pobytu (wybieramy datę początkową, my nigdy nie wpisujemy daty końcowej, bo to Wam znacznie ograniczy wyszukiwanie) i długości (tydzień, dwa, miesiąc), ewentualnie rodzaju zwierząt, jakim chcecie bądź nie chcecie się zajmować i możecie przeglądać oferty. Warto wybrać kilka, które Was interesują – rzadko się zdarza, żeby udało się od razu po wysłaniu maila na jedno ogłoszenie. Należy przeczytać każdą ofertę, zobaczyć jakimi zwierzętami trzeba się zajmować, czy ogród wymaga opieki itp. Na każdą ofertę trzeba też wysłać spersonalizowanego maila (jak z listem motywacyjnym, kopiuj wklej do wszystkich może nie podziałać:P) i dobrze się zareklamować. A następnie czekać na odpowiedzi 🙂 

Jeszcze w Nowej Zelandii zaczęliśmy wysyłać maile do ludzi, którzy potrzebowali kogoś do opieki nad zwierzakami podczas Wielkanocy. W ten sposób skontaktowałam się z Kariną, która z rodziną wyjeżdżała na wakacje do Wietnamu i szukała kogoś do opieki nad swoimi dwoma amstafami. Wymieniłyśmy kilka maili, dogadaliśmy się wstępnie, a następnie umówiliśmy się na spotkanie, gdy będziemy już w Sydney (wyjeżdżali 2 dni po naszym przylocie do AU). Wybraliśmy się z nimi na kolację i w ten sposób zostaliśmy zastępczymi rodzicami na 2 tygodnie dla Diesla i Domino, najszczęśliwszych psów na świecie. 

Postanowiliśmy, że będziemy tak pomieszkiwać ze zwierzakami dopóki nie znajdziemy pracy. Od jednego housesittingu do następnego i tak spędziliśmy w Sydney 2 miesiące. Wtedy to Kuba dostał pracę w Melbourne, więc bardzo łatwo i przyjemnie przenieśliśmy się na południe (przy okazji korzystając z relokacji kampera, więc transport też był za darmo :D), nie mając problemu z rozwiązywaniem umowy wynajmu. W Melbourne od czterech miesięcy kontynuujemy przygodę z housesittingiem – właśnie opiekujemy się 4-tym domem, oboje pracujemy i pomimo poprzednich planów, ciężko nam przestać 😀

Co trzeba wiedzieć?

  • To nie jest dobry sposób na podróżowanie (zasko?:P). Musicie pamiętać, że to nie jest po prostu sposób na “mieszkanie za darmoszkę”, ale też odpowiedzialność za zwierzaka. Zwierzęciem trzeba się opiekować, poświęcać mu uwagę i spędzać z nim czas. Odpada weekend poza miastem lub cały dzień poza domem. Dla nas housesitting bardzo dobrze się sprawdza, bo aktualnie bardziej skupiamy się na ogarnięciu życia i pracy w Australii niż na podróżach (a do tego jest zima, brrrr…!). To może być fajną opcją dla kogoś, kto lubi spędzać wakacje stacjonarnie. My podczas naszych 2 miesięcy w Sydney zwiedziliśmy każdy zakątek miasta i okolicę, jeśli taki tryb wakacjowania jest tym, co lubisz – to rozwiązanie idealne! Jednak nie traktujcie petsittingu, jako sposób na darmowy nocleg bez zobowiązań, bo tym zdecydowanie nie jest. 

  • Zwróćcie uwagę na sezon wakacyjny w danym regionie. My mieliśmy to szczęście, że przyjechaliśmy jesienią do Australii i szukaliśmy ofert jesienią/zimą. Jest to czas, kiedy każdy ucieka z Sydney/Melbourne w cieplejsze miejsca, bo jest zimno i deszczowo, więc ofert jest mnóstwo. Gdy przeglądam teraz stronę na październik/listopad, znajduje tylko pojedyncze oferty. Sytuacja się oczywiście odwraca w grudniu, ofert na Święta jest od groma. 

  • Ważne są referencje. Na stronie, na waszym profilu, właściciele mogą zostawić Wam rekomendacje po powrocie do domu i podzielić się swoimi wrażeniami z innymi. Zwrotnie, wy także możecie wystawić opinie właścicielowi, zwierzakom i samemu domowi. Zazwyczaj zwraca się uwagę na komunikację podczas pobytu –  my komunikujemy się różnie (mailowo, facebookowo, what’sappowo), zawsze odpisujemy na wiadomości i przysyłamy dużo zdjęć – oraz na stan domu po powrocie (to chyba oczywiste, że dom zostawia się wysprzątany, ja osobiście zawsze jeszcze piekę jakieś ciasto, żeby było miło 🙂 ). Czasem niektórzy proszą o bezpośrednie referencje z poprzednich housesittingów lub nawet o zaświadczenie o niekaralności. My na początku nie mieliśmy tego problemu, w Sydney nikt nas nie pytał o referencję; gdyby jednak się tak zdarzyło, a wy nie macie żadnych housesittingowych rekomendacji, warto podać kontakt do jakiegoś australijskiego znajomego bądź pracodawcy. 

  • Właściciele głównie szukają emerytów bądź ludzi pracujących zdalnie, generalnie kogoś, kto będzie większość czasu spędzał w domu. Nie oznacza to, że gdy pracujecie na pełen etat, nie jesteście w stanie znaleźć lokum, ale tych ofert może być mniej – wszystko zależy od tego, do czego pies/kot jest przyzwyczajony. My nie mieliśmy nigdy z tym problemu, zazwyczaj opiekowaliśmy się psami ludzi pracujących, a poza tym, nawet gdy Kuba już pracował w Melbourne, ja jeszcze przez 2 miesiące szukałam pracy. Aktualnie pracujemy na pełen etat, a nasz piesio po prostu czeka na nasz powrót w ogródku. 

  • Nam bardzo służyło to, że jesteśmy we dwoje – dzięki temu udawało nam się znajdować domy do opieki bez żadnych przerw. Czasem zdarzała się sytuacja, że daty naszych housesittingów się zazębiały i wtedy spędzaliśmy 1-2 dni osobno, jedna osoba pozostając jeszcze w starym domu, a druga już grzejąc miejsce w nowym. 

  • Tak jak już wspomniałam wcześniej, housesitting w Australii jest bardzo popularny. Emeryci, ludzie pracujący zdalnie, podróżnicy lub po prostu Ci, którzy odkładają pieniądze – chętnych jest mnóstwo. Keirsten, jedna z osób u której zajmowaliśmy się psami (Koby i Dash, nasze dwa słodkie giganty), opowiadała nam historię, jak przed nami zgłosiło się do niej małżeństwo. Mąż był pisarzem, pracował zdalnie, kobieta była w zaawansowanej ciąży i na housesitting do Keirsten mieli już przyjechać z noworodkiem. Koby i Dash nie za bardzo nadają się na towarzystwo malutkiego dziecka (nie chodzi o agresję, tylko po prostu o wielkość i niezdarność:P), więc Keirsten im odmówiła, ale ogólnie powiedzieli jej, że żyją tak od roku i nie mają w planach rezygnować, nawet po pojawieniu się dziecka. Puenta jest taka, że dla niektórych Australijczyków jest to po prostu sposób na życie. Oznacza to, że na każdą ofertę znajdzie się pewnie kilku chętnych i właściciele mogą przebierać w kandydatach. Dlatego też często mogą wybrać osoby będące już na miejscu (bo zazwyczaj chcą się wcześniej spotkać i porozmawiać), my zazwyczaj rozwiązywaliśmy ten problem oferując rozmowę na Skypie. Możecie też się spodziewać małej rekrutacji.

  • Na housesittingu możecie trafić na różne kwatery – od mieszkań w bloku po wypasione, luksusowe chaty nad samym morzem. My mieszkaliśmy w różnych miejscach, zazwyczaj w normalnych, bardzo wygodnych domach. Naszym kryterium wyszukiwania nigdy nie był wygląd, wielkość czy lokalizacja domu, liczył się zazwyczaj długość pobytu (staramy się ogarniać miesięczne bądź dłuższe housesittingi) i daty. Jednak z tego co zauważyłam, to takie oferty jak domy na plaży, w innych atrakcyjnych miejscach bądź po prostu bardzo luksusowe przybytki rozchodzą się w mgnieniu oka 😛

  • Pomijając już aspekt wygody, na stronie można spotkać mnóstwo naprawdę ciekawych miejscówek. Zawsze chcieliście zamieszkać na farmie z alpakami? Proszę bardzo, w samej okolicy Melbourne znalazłam 4 takie ogłoszenia. Zajmowanie się końmi i kangurami na outbacku? Jak najbardziej. Nawet gdy już przestaniemy korzystać z housesittingu jako sposobu na mieszkanie w Melbourne, dalej mam zamiar go używać do takich wakacyjnych wypadów. Jako nowi pasjonaci jazdy konnej, już przebieramy kopytkami, kiedy będziemy mogli zając się jakąś farmą na tydzień, karmić alpaki, wyprowadzać kucyki na spacer i móc sobie popatatajać na własnym koniu. Jak dla mnie bomba (a jaki to dopiero dobry pomysł na wakacje z dzieciakami?!)

  • Nie warto się za to zabierać, jeśli nie lubicie i nie macie ręki do zwierząt. Często trafiają się psy “łatwe w obsłudze”, ale często są to zwierzęta wzięte ze schroniska, z różnymi problemami. Czasem nie tolerują innych psów, czasem są agresywne w stosunku do ludzi, a czasem obie te rzeczy na raz. Za takiego psa trzeba wziąć odpowiedzialność i uważać, aby nie zrobił innym bądź sobie krzywdy. Większość psów, którymi się zajmowaliśmy nie nadawała się na wzięcie “do ludzi”, a tak naprawdę tylko Cosmo i Bessie są psami, które spuszczaliśmy na spacerach ze smyczy (Diesel i Domino czasem też, ale te dwie mendy się w ogóle nie słuchały). 

Dla kogo to, a dla kogo zdecydowanie nie?

Naszym kluczem do sukcesu jest miłość do zwierząt. Dla nas opieka nad czworonogami to czysta przyjemność, po tym pół roku ciężko jest nam sobie wyobrazić powrót do życia w domu bez psa! Pewnie, można ściemniać, ale wydaje mi się, że właściciele są w stanie to szybko zauważyć. Dla nas w petsittingu największym problemem jest fakt, że przywiązujemy się do każdego z tych zwierzaków i po miesiącu, gdy musimy je opuścić, czujemy się tak, jakbyśmy porzucali nasze futrzane dzieci… Serce pęka 😦 Poza tym, zdecydowanie nie jest to sposób życia dla ludzi mało elastycznych. Trzeba mieć sporo cierpliwości, żeby przez pół roku żyć ciągle na połowicznie rozpakowanych walizkach. Nam to wielce nie przeszkadza, jednak rozumiemy, że nie wszyscy by tak mogli – czasem i nam to potrafi doskwierać, w szczególności, gdy w tych walizkach nie ma porządku. Dużym problemem dla nas jest za to brak stałej lokalizacji, choćby dzielnicowej – skaczemy z jednej dzielnicy do kolejnej, to wschód Melbourne, to północ, to południe. Ciężko sobie zorganizować jakiekolwiek popołudniowe “zajęcia pozalekcyjne” (w naszym wypadku konie i kurs tańca), bo za kilka tygodni będziesz już gdzieś indziej. Jeśli chcecie w ten sposób mieszkać, nie można też być wybrednym i trzymać się jednej lokalizacji – my nie zwracamy uwagi na położenie domów, gdy jest słaby dojazd zaciskamy zęby i mówimy trudno – jeśli coś dostajesz za darmo, nie ma co wybrzydzać. Ponadto trzeba też się potrafić dobrze zorganizować – czasem między jedną opieką, a kolejną może stworzyć się luka – trzeba wtedy załatwić sobie tymczasowy nocleg, ogarnąć swoje bagaże etc. 

Trochę nam też przeszkadza brak swobody, czyli powód, dla którego tak naprawdę nie mamy swojego własnego czworonoga. Nie ma co liczyć na weekend w górach, a ja tak naprawdę nie lubię zostawiać zwierząt nawet na cały dzień – w tygodniu pracujemy, jesteśmy im winni towarzystwo choć weekendowo. Dlatego tak jak wspomniałam, nie jest to najlepszy sposób na łączenie życia z podróżowaniem, ale na krótkoterminowy house sitting połączony ze zwiedzaniem okolicy – dlaczego nie?:)

Nasze petsittingowe przygody, czyli jak wyglądali nasi czworonożni podopieczni?

Diesel i Domino – 2,5 tygodnia

Naszym pierwszym lokum w Sydney był dom Kariny i Neil’a, ich dwójki dzieciaków, Eve i Jacksona oraz Diesla i Domino, dwóch młodziutkich angielskich amstafów. Nigdy nie mieliśmy styczności z tymi psami, a rasa ma raczej złą sławę, jednak są to najsłodsze psiaki na świecie! Diesel jest wielką kluchą, która lubi się tulić na kanapie, chrapać i jeść; Domino natomiast ślicznym, małym diabłem, który sieje spustoszenie i męczy Diesla dla zabawy. Poza tym to najbardziej przyjacielskie zwierzaki na świecie, nie odstępowały nas na krok (największa karą było zamknięcie drzwi do pokoju :P), podczas każdej kąpieli widziałam ich dwie mordki przyklejone do szklanych drzwi prysznica; kochają wszystko i wszystkich, a jedyne niebezpieczeństwo jakie groziło z ich strony to zalizanie nas na śmierć. Dom Kariny i Neila znajdował się w północnej dzielnicy Sydney, Forestville,  dość blisko plaż i centrum. Jako że dopiero co skończyliśmy nasze 2-miesięczne biwakowanie w Nowej Zelandii, większość czasu spędzaliśmy w domu, ciesząc się dachem nad głową, kawą na tarasie, śpiewem ptaków, telewizją, puzzlami i towarzystwem psiaków, od czasu do czasu wyskakując tylko na spacer pod Operę bądź na surfing w Manly.

Jordie, Bobbie i kocia hałastra – 3 tygodnie

W dniu, w którym zakończyliśmy pobyt u Kariny, przenieśliśmy się na południe Sydney, do mieszkania Glenna i Lindy, którzy wyjeżdżali na wakacje na Kretę. Jordie i Bobbie były dwoma malutkimi i starutkimi psami, mieszankami pudli i shi-tzu. Były to jedyne psiaki, z którymi nie nawiązaliśmy bliższej więzi emocjonalnej, bo po pierwsze były małe (a my fanami małych psów nie jesteśmy), a po drugie wiekowe, więc większość czasu spędzały śpiąc, a spacery ograniczały się do 10 minutowych wyjść wkoło bloku. Jednak oprócz psów mieliśmy też pod opieką 4 piękne kociaki, które co prawda spędzały większość czasu na zewnątrz, ale i tak dostarczały nam dużo radości (nawet Kuba w końcu koty polubił 😀 ). Koghra, dzielnica na południu Sydney, była dobrze skomunikowana z resztą miasta, więc zwiedzaliśmy okolicę, ja nawet miałam chwilowy epizod pracy na słuchawce. Podczas tego pobytu Kuba dostał w końcu pracę w Melbourne, ale jako że mieliśmy już nagrany kolejny housesitting to…

Chief – 3 tygodnie

3 tygodnie z Chiefiem spędziliśmy, wiedząc już, że przeprowadzamy się do Melbourne. Dlatego też większość czasu spędzaliśmy zachwycając się Sydney i zwiedzając miejsca, których nie mieliśmy wcześniej okazji zobaczyć. Mieliśmy farta i załapaliśmy się na Vivid Sydney, jeden z najpiękniejszych festiwali na świecie! Udało nam się także wybrać na wycieczkę do Blue Mountains. Mieszkaliśmy w North Turramurze, dzielnicy Sydney tuż przy obrzeżach Parku Narodowego Ku Ring Gai Chase. Dzielnica była piękna, kukaburzy śmiech i kakadusowy skrzek budził nas codziennie rano. Chief był kochanym piesełem, mieszanką australijskiego kelpie i amstafa. Nie za bardzo lubił obcych (był psem ze schroniska), ale za to w domu był wielkim pieszczochem, uwielbiał tulenie, siedzenie przy piecyku i zawijanie się w swoją kołderkę. A nade wszystko, kochał swoje kostki lodu i brain freeze 😀 (odsyłam do filmiku poniżej;) )  

Koby i Dash – 4 tygodnie

Po przyjeździe do Melbourne zamieszkaliśmy w Pakenham, “dzielnicy” Melbourne oddalonej o 60km od centrum (takie odległości tu to norma:P). Keirsten i James zostawili nam do opieki swoje dwa psiaki – Koby’ego, 60-kilogramową mieszankę amstafa z mastifem, o wyglądzie i rozumku Scooby Doo oraz Dash, amstafo-wyżła wyratowanego ze schroniska. Ja uwielbiam duże psy, dlatego gdy tylko je zobaczyłam, umarłam z zachwytu! Tym bardziej, jak się później okazało, że były to największe pieszczochy na świecie – nie ma nic wspanialszego, niż 60-kg kucyk ładujący Ci się rano do łóżka 😀 Koby był pieskiem o dużym apetycie, dużych rozmiarach i bardzo małym rozumku – wcale nie przesadzam. Kilka razy sam sobie połamał ogon, machając nim z radości i nie czując, że uderza w ściany, meble bądź w ludzi (ten ogon zaserwował mi sporo siniaków:D). Bał się odkurzacza, węża z wodą, potrafił spaść z łóżka w czasie snu bądź wejść w lampę podczas spaceru. Gdy zobaczył na spacerze innego psa, jojczał żałośnie przez dobre 10 minut, tak, że kilka razy ludzie wychodzili z pobliskich domów pytając czy aby wszystko w porządku. Dash jest zwinną i zgrabną księżniczką, najpiękniejszą na świecie. Dash trafiła do schroniska po tym, jak jej właściciel się nad nią znęcał. Była bardzo agresywna i praktycznie przeznaczono już ją do uśpienia. Na szczęście ktoś się zorientował, że jej agresja skierowana jest tylko w stronę mężczyzn (czyli swojego dawnego właściciela), a w schronisku zajmowali się nią tylko panowie. Dano jej jeszcze jedną szansę i stamtąd wzięli ją Keirsten i James. Po dwóch latach u nich Dash to chodząca miłość. Wciąż boi się obcych i jest w stosunku do nich agresywna, ale w domu odda każdemu swoje serce. Jest tak pięknym i kochanym psem, że wciąż chce mi się płakać myśląc o tym, że jej historia mogłaby się tak szczęśliwie nie skończyć. 

Keirsten i James są super pogodnymi i otwartymi ludźmi, pomogli nam się zadomowić w Melbourne i nawet pożyczyli swój samochód, dopóki nie sprawiliśmy sobie własnego! Opieka nad Kobym i Dash nie była łatwa (trzeba było wyprowadzać je osobno, no bo spróbujcie utrzymać takie dwa giganty, gdy zobaczą kangura!), ale psiaki rekompensowały nam sobą wszelkie trudy (takie jak przecioranie mnie przez Koby’ego przez 200 m, na brzuchu, bo musiał dogonić szczekającego shitzu lub mały wstrząs mózgu, który zaserwowała mi Dash, pociągając z bańki podczas zakładania smyczy 😛 ) 

Cosmo – 4 tygodnie

Cosmo, nasz wyżło-pudel, był najbardziej pociesznym psiakiem, jakim się zajmowaliśmy. Wyglądał trochę jak miniaturowy wilczarz irlandzki (a to są najpiękniejsze psy na świecie!), a trochę jak Hairy Maclary (który jest bohaterem bardzo popularnej po tej stronie globu bajki dla dzieci 🙂 ). Cosmo był najbardziej ułożonym, grzecznym i dobrze wychowanym psem – w domu spał sobie grzecznie na swojej macie, ewentualnie domagał się pieszczot kładąc głowę na kolanach (bądź laptopie). W tym samym czasie był pełen energii i chyba nie ma nigdzie na świecie drugiego psa, który tak kochałby swoje frisbee. Na plaży bądź boisku mógłby spędzać godziny, nie pamiętając, że już nie jest szczeniakiem, tylko 10-letnim, statecznym psem. Kosmatym Cosmo zajmowaliśmy się w domu Andy’ego, Meg i ich dwóch córeczek w Hampton (gdy oni przemierzali kamperem Australię Zachodnią). Hampton to dzielnica Melbourne przy samej plaży, także spacery nad morze i frisbee na piasku były naszą codziennością.  

Luna i Finn – 4 tygodnie

Z Hampton przenieśliśmy się tylko kawałek dalej, do Bentleigh, aby zająć się Luną i Finnem, gdy ich rodzice wczasowali w Grecji. Oboje byli bardzo popularnymi “doodlami” – Luna “groodlem”, mieszanką golden retrivera i pudla, a Finn “spoodlem”, czyli spaniela i pudla. To bardzo popularne (i drogie!) rasy, a oni oboje byli psami ze schroniska! Luna była kolejną kobietą (po Dash), która podbiła serce Kuby; piesełem z ADHD, szczeniakiem w ciele dorosłego psiaka, o energii wulkanu. Szczekała na wszystko (i też na nic:P), na gwiżdżący czajnik w kuchni, oposy na dachu bądź piosenkę Makeba w TV (ale na żadną inną…zdecydowanie, ta nie wpadła jej w ucho). Pięknym polarnym miśkiem, który uwielbiał spać na plecach, z każdą nogą wywaloną w inną stronę. Finnie był bardziej nieśmiałym psiakiem, który bał się ludzi (miał najwyraźniej swoje powody, takie pozostałości po-schroniskowe), jednak po kilku dniach nabrał do nas zaufania i rano budził nas skrobaniem w łożko, domagając się pieszczot. 

Bessie – 5 tygodni

Aktualnie trwa nasz ostatni house sitting przed wyjazdem do Polski i wszystko wskazuje, że na nim zakończy się (póki co) nasza housesittingowa przygoda (od listopada wynajmujemy mieszkanie w Melbourne). Mieszkamy teraz w drewnianej chatce w środku lasu, w Warrandyte, jednej z miejscowości w Yarra Valley – bardzo urokliwego, turystycznego oraz winnego regionu stanu Victoria. Dookoła otacza nas Park Narodowy, eukaliptusy, kakadusy, kukabury, kangury pod samą bramką, a nawet ponoć koale! (tych jeszcze się nie udało spotkać). Za tak urokliwe okoliczności przyrody trzeba jednak płacić – my płacimy 1,5h dojazdem do pracy w jedną stronę 😛 Bessie, naszego pieseła, dopiero poznajemy, ale wiemy już, że jest to leśny pies z wolnego wybiegu 🙂 Zdecydowanie nie lubi chodzić na smyczy, za to bardzo lubi ganiać kangury czy inne zwierza po lesie. Jednak wciąż ma coś w sobie z kanapowca, bo spać lubi tylko z nami w łóżku bądź przy rozgrzanym grzejniczku. Poza tym jest bardzo dobrze wychowaną damą, która zawsze zamyka za sobą drzwi! 🙂 I tak pięknie się uśmiecha 🙂

 

Housesitting to jedna z lepszych inicjatyw, z jakimi miałam styczność. Nie dość, że dzięki temu udało nam się zaoszczędzić sporo kasy na początku naszego pobytu w Australii, to jeszcze nawiązaliśmy bardzo fajne znajomości z ludźmi tu mieszkającymi, a do tego naprawdę świetnie się bawiliśmy z każdym z naszych psiaków. Naprawdę, gorąco polecam każdemu!

 

 


Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s