Galeria samoańskich cudowności – co zobaczyć na Samoa i trochę ciekawostek o samoańskiej kulturze.

Samoa składa się z dwóch głównych wysp – Upolu i Savaii. Obie są pochodzenia wulkanicznego, więc obie są górzyste i wypiętrzone. W praktyce wygląda to tak, iż życie Samoa toczy się wzdłuż względnie płaskiego wybrzeża, natomiast środek wyspy to porośnięte lasem równikowym góry, dawne stożki wulkaniczne.  Ponadto, na Savaii można z bliska obserwować dosyć świeżą działalność wulkanów – pola lawowe po wybuchu Mt Matavanu w 1905.

Samoa jest na tyle duże, że nie zderzacie się z tymi samymi turystami na każdym kroku (jak np. na Rarotondze), ale też na tyle małe, że łatwo się przemieszczać. Nie ma co się oszukiwać, większość ludzi podąży standardową trasą, która tak naprawdę zahacza o najciekawsze miejsca na Samoa. Napotkani przez nas inni turyści nawet nocowali dokładnie w tych samych miejscach ( ehh, te rekomendacje Lonely Planet :P) – prawda jest jednak taka, że niskobudżetowych opcji nie ma na wyspach aż tak wiele, więc prawdopodobnie będziecie spotykać gdzieś znajome twarze. Jeśli ktoś chce zejść z utartego szlaku to proponujemy plaże i fale na południu/południowym zachodzie Upolu (wulkaniczne plaże, dosyć spore fale – te morskie;) ), park narodowy O-Le-Pupu-Pu’e (jeśli ktoś ma w sobie dużo zacięcia i determinacji do wspinaczki w tropikalnym klimacie), Manono i Apolima (trudniej zorganizować transport, więc mniej ludzi tam dociera) oraz pd.-zach. część Savaii. My trzymaliśmy się głównych samoańskich “highlightów”, ale jakoś nigdy nie poczuliśmy ani braku autentyczności, ani turystycznego przepełnienia.

Tutaj mapka z odwiedzonymi przez nas samoańskimi atrakcjami, a pod spodem galeria zdjęć i opisy.

Apia i okolice

Apia – stolica i największe miasto Samoa. Samo miasto jest naprawdę urocze, nad samym morzem, z plażą i wiktoriańską zabudową. Jest małe, więc spokojnie można poruszać się po nim piechotą. Wiadomo, że nie po to przyjeżdża się na Samoa, żeby zwiedzać Apię, ale jest kilka miejsc, do których warto wstąpić.

  • Samoa Cultural Village – wioska kulturowa, w której można bliżej poznać samoańską kulturę. Bardzo chcieliśmy pójść na pokaz, ale niestety są one tylko we wtorki, środy i czwartki (ok południa), a my w Apii spędzaliśmy weekend… Pokazy są darmowe, a na wszystkich stronach, na których szukałam informacji o Samoa w Internecie, bardzo je polecano. Polinezyjska kultura jest fascynująca, także gorąco polecam, mimo że nie z własnego doświadczenia. Wioska znajduje się za informacją turystyczną w Apii.
  • Palolo Deep Marine Reserve (5 WST/os.) – kawałek rafy praktycznie w środku miasta. Na pewno nie jest to plaża porównywalna z Lalomanu, ale jeśli jesteście w Apii, można wyskoczyć i uciec od „zgiełku” miasta. Całkiem sporo rybek, tylko dosyć silne prądy.
  • Papase’ea Sliding Rocks (5 WST/os) – naturalne ślizgawki, czyli takie mini wodospady, w których po skałach ślizga się do położonej niżej sadzawki. Przyjechaliśmy tam z samego rana, więc nikogo oprócz nas nie było. Mieliśmy stracha, bo te sadzawki z wodą nie wyglądały na zbyt głębokie, ale ponoć to bezpieczne 😉 Poślizgaliśmy się kilka razy (zjeżdża się naprawdę szybko, nie spodziewałam się tego patrząc na to z góry) i nam się znudziło, ale jak ktoś lubi takie atrakcje to na pewno ciekawe miejsce. Filmik ze ślizgawek, ze Skomiałem w roli głównej tutaj
  • Robert Louis Stevenson Museum (20 WST/os) – jak sama nazwa wskazuje, muzeum poświęcone autorowi Wyspy Skarbów, usytuowane w jego domu. Stevenson zakochał się w Samoa i przeprowadził się tam wraz z żoną. Niestety zmarło mu się dosyć szybko, 5 lat po przeprowadzce i pochowany jest na wzgórzu za swoją posiadłością. Nam zabrakło czasu i głównie zapału, żeby odwiedzać dom Roberta, bo szczerze powiedziawszy, kto będzie chodził do muzeum jak dookoła plaże i krystalicznie czysta woda? 😉
  • Baha’i Place of Worship – świątynia bahaistów, z pięknym ogrodem. Z takich ciekawostek – wszystkie bahajskie świątynie mają takie fikuśne kopuły (np w Hajfie czy w New Delhi)

Upolu

  • To Sua Ocean Trench (20 WST) – największa atrakcja, którą można zobaczyć na każdej ulotce reklamującej Samoa i na kilku aucklandzkich autobusach, must-see, must-be i te sprawy:) Wielka dziura w ziemi, wypełniona krystalicznie czystą wodą, ze ścianami porośniętymi tropikalną roślinnością. Wchodzi się po mega stromej drabinie (mieliśmy stracha), a co odważniejsi mogą skoczyć z góry (woda jest głęboka na 30m). Super urządzone miejsce, jest ogródek i kilka fali, można chillować cały dzień
  • Sopo’aga Falls (5 WST) – większość wodospadów jest płatna, jako że znajdują się na prywatnych terenach – wodospad w pd. części Upolu, z bardzo fajnie urządzonym przydomowym ogródkiem, w którym rosną lokalne rośliny (ananasy, kava, bataty, etc.), zaopatrzone w tabliczki, więc wiecie co jest co.
  • Lalomanu – plaże, błękitna woda (przed zobaczeniem Lalomanu nie wyobrażałam sobie, że woda może być naprawdę tak turkusowa, a piasek tak biały ) i właściwie nic więcej – najpiękniej.
  • Namua Island – prywatna wyspa, na której można przenocować, ale można też przypłynąć na jednodniową wycieczkę (chyba coś koło 50 WST/os.). Aby dostać się na Namua, należy przyjechać do „portu” (który jest pomostem, ale bardzo dobrze oznakowanym) w Mutiatele i dać znać mieszkającej naprzeciwko rodzinie – oni powiadomią kogoś z wyspy, aby po was przypłynął. Podczas przeprawy sternicy pokazują pływające dookoła żółwie morskie (<3) i ponoć czasem potrafią jakiegoś złapać gołymi rękami (później je wypuszczają). Na wyspie możecie kupić lunch, wraz z noclegiem macie zagwarantowanie obiad i śniadanie następnego dnia. Jest jedna malutka plaża, na której znajdują się fale, ze znakomitymi warunkami do snorkellowania. Woda w lagunie jest krystalicznie czysta – tak się wkręciliśmy w pływanie z rybkami i poszukiwaniem żółwi, że spędziliśmy 4 godziny w wodzie, co skończyło się zjaraniem na skwarkę całego tyłu (noc nie była przyjemna:P). Pozostała część wysepki to górka, na którą można się wspiąć, podziwiając widoki z punktu widokowego, kolonie owocożernych nietoperzy i ogromne kraby. Na wyspie rezydują jeszcze kot i dwa psiaki. Jeden z nich był szczeniaczkiem, który jeszcze nie do końca był przyzwyczajony do pobytu na wyspie. Przez całą noc próbował wejść po schodkach do naszej fali – jako że były dla niego zbyt wymagającą przeszkodą, to większość czasu skomlał i serwował nam cogodzinne pobudki. Mimo wszystko był tak słodki, że ciężko się było na niego złościć. Duży psiak serwował z kolei pobudki ganiając za krabami, które w nocy wychodziły z podziemnych norek 😉 Mimo wszystko psiaki dawały poczucie bezpieczeństwa, bo trzeba przyznać, samemu w nocy na bezludnej wyspie, było trochę straszno 😛
  • Tongitogiga Waterfall ( 10 WST ) – wodospad, w samoańskim parku narodowym. Ponoć można się w nim wykąpać, ale my nie wiemy. Gdy tam byliśmy, padało tak, że ciężko było odróżnić ścieżkę od płynącej obok rzeki ( ach te deszcze równikowe ), a co dopiero pływać czy robić zdjęcia.
  • Papapapai-tai Falls ( spróbujcie to wymówić:D) – wodospad po drodze z pn na pd wyspy ( Cross Island Rd), jak dla mnie najładniejszy. Zdjęć za dużo nie ma, bo zawsze na trasie w poprzek wyspy pogoda nam nie sprzyjała.
  • Giant Clams Sanctuary ( 10 WST ) – zatoka w pobliżu wioski Savaia, gdzie można zobaczyć ogromne clamsy ( nawet 1,5m ) Super miejsce do snorkellowania, trochę kiepsko z dojazdem (jeden autobus odjeżdża z Savai do Apii koło 13tej, my go przegapiliśmy i jechaliśmy stopem), ale warto się pofatygować. Clamsy są naprawdę imponujące, a dodatkowo w zatoce jest piękna rafa ( i żółwie, jak ma się farta!:) ). Niech Was nie kusi próbowanie dotykania takiego clamsa, bo potrafią się szybko(i bardzo mocno) zamykać, a wydaje mi się, że niezbyt przyjemnie jest mieć przytrzaśniętą rękę w takim gigancie 😛

Savaii

  • Lava Fields w pobliżu Manase (10 WST) – pola lawowe pozostałe po wybuchu Mt Matavanu w 1905. Pola są ogromne, pokrywają teren od wioski do samego morza (ok godzina spaceru). Główną atrakcją są ruiny zalanego lawą kościoła, naprawdę robi to wrażenie. Na pola lawy można wejść za darmo z ulicy (nie do końca legalnie, ale nikt was nie będzie ścigał po polu), jednak jeśli chcecie zobaczyć kościół, trzeba zapłacić wejściówkę. Nie jest to zbyt wygórowana kwota, więc polecam 🙂 Na krater Mt Matavanu można się wspiąć, jednak dojazd do szlaku prowadzi drogą tylko dla pojazdów 4×4 – nasz skuterek nie dałby rady
  • Pe’ape’a Cave (7 WST) – jaskinia lawowa, czyli pozostałość po płynącej lawie. Takie jaskinie powstają w momencie, gdy lawa na powierzchni zastyga, natomiast w środku lawa o innej gęstości wciąż płynie. W jaskini można zobaczyć piękne ćmy i gniazdujące white-rumped Polynesian swiftlets (takie jakby jaskółki, nie mam pojęcia jak to się nazywa po polsku). Pe’ape’a lava tube jest malutka, dużo większą można znaleźć nieopodal – Dwarf’s Cave, jednak niestety i tym razem nasz skuter odmówił posłuszeństwa podczas dojazdu.
  • Falealupo i Cape Mulinu – pn.-zach. cypel Savaii, z najpiękniejszymi, odosobnionymi plażami i bocznymi dróżkami wśród palm. Cape Mulinu jest najbardziej na zachód wysuniętym punktem Samoa, według wierzeń jest miejscem, z którego dusze wyruszają w podróż w zaświaty. Zanim Samoa przerzuciło się z prawej na lewą stronę linii zmiany daty, Cape Mulinu był ostatnim miejscem na świecie, gdzie codziennie zachodziło słońce.
    Oprócz pięknych plaż, w Falealupo można zahaczyć o Falealupo Canopy Walk (20 WST), czyli spacer wśród koron drzew równikowych. Jest to może zbyt dużo powiedziane, bo to tak naprawdę jeden zwodzony mostek między dwoma dużymi drzewami. Atrakcja jest zdecydowanie przeceniona, ale widoki z góry są naprawdę fajne.
    Jadąc wybrzeżem można napotkać pozostałości po zniszczonej przez cyklony w latach 90-tych wioski Falealupo. Wioskę odbudowano w głębi lądu, ruiny dawnej straszą dalej, ale wyglądają niesamowicie.
  • Alofaaga Blowholes (5 WST) – takie ala gejzery tworzone przez fale morskie. Woda dostaje się w tunele pod skałami (w jaskinie lawowe) i zostaje następnie wypchnięta do góry poprzez różnicę ciśnienia (wikipedia). Wygląda to naprawdę imponująco. My byliśmy tam całkiem sami, ale w sezonie, gdy jest więcej turystów, miejscowi wrzucają kokosy w te dziury, które są później wystrzeliwane w powietrze, takie spektakularne show 😉

Czy wiecie, że…

  • Samoa i linia zmiany daty – w czasie, gdy “tworzona” była linia zmiany daty,  wszystkie wyspy samoańskie ( czyli obecne Samoa i Samoa Amerykańskie ) były pod dużym wpływem Stanów Zjednoczonych. Gdy pociągnięto IDL po południku 180, państwa znajdujące się w najbliższej okolicy mogły zdecydować, po której stronie chcą się znajdować. Samoa, zależne w dużej mierze od USA, zdecydowało się na pozostanie po wschodniej stronie linii. Jednak, z biegiem lat, sytuacja geopolityczna uległa zmianie. Wyspy Samoa podzieliły się na dwa państwa, Samoa Zachodnie i Samoa Amerykańskie, to pierwsze skupione przede wszystkim na handlu/współpracy z Australią i Nową Zelandią. Przebywanie po innej stronie linii zmiany daty niż twój główny partner handlowy było dosyć kłopotliwe. Gdy u jednychy jest poniedziałek, u drugich wciąż niedziela; gdy u drugich jeszcze piątek, u pierwszych już sobota – tak naprawdę pozostają 3 dni na załatwianie spraw biznesowych. I wtedy to, miłościwie władający – o dziwo nie król, lecz premier – zdecydował, że Samoa przeskakuje na drugą (zachodnią) stronę linii zmiany daty. Skutkiem tego było ominięcie 30 grudnia 2011 roku w samoańskim kalendarzu – Samoańczycy nigdy tego dnia nie przeżyli, z 29tego przeskoczyli od razu na 31. Przy okazji zmieniono też ruch z prawostronnego na lewostronny ( ponieważ większość samochodów jest sprowadzanych z NZ i Australii ) oraz system metryczny z jednostek imperialnych (cale, mile i te sprawy) na układ SI (czyli nasze zwykłe metry)
  • Groby na ganku – Samoańczycy i reszta ludności Oceanii ma specyficzne podejście do śmierci (przychodzi mi tu na myśl przymiotnik “oswojone”, ale nie wiem czy jest on do końca odpowiedni). W praktyce wygląda to tak, że na facebooku często bombardują mnie zdjęcia z cmentarzowych pikników i barbecue, selfiki z nagrobkami z podpisem “z tatą”, “z dziadkiem” i tego typu historie. Jednak zderzenie z Samoańską rzeczywistością nadal było dla nas zaskoczeniem. Otóż – na wyspach poszli o krok dalej. Rodzina nie chcę rozstawać się ze zmarłym, dlatego zazwyczaj grzebie go w przydomowym ogródku. Co więcej, zmarły bierze udział w życiu codziennym domostwa, także standardem jest widok wygrzewających się na nagrobku kogutów, suszącego się prania czy nawet jakiegoś domownika ucinającego sobie drzemkę lub grającego w karty. Dla naszej zachodniej cywilizacji to raczej oburzający widok, tam to coś tak naturalnego, że aż pięknego. Nagrobki na ganku to dla mnie ulubiona część krajobrazów Oceanii 🙂
  • Religia – o tym że religia jest bardzo istotną częścią życia mieszkańców Oceanii, dowiedziałam się już na początku pobytu w Auckland. Zaraz po przyjeździe zaczęłam pracę w firmie, gdzie w zespole miałam dwie Tongijki i dwie Samoanki. Pierwszym pytaniem w każdy poniedziałek rano było “Have you been to the church, Lisa?” 🙂 Po przyjeździe na Samoa rzuca się przede wszystkim w oczy ilość kościołów. Każda, nawet najmniejsza wioseczka, ma swój własny murowany kościół. Wcale nie mały kościółek, tylko kościół na wypasie. Czasem jest to jedyny budynek ze ścianami w całej wiosce, ale co tam – zastaw się, a postaw się. Byle większy niż mają sąsiedzi 😛 Większość tych kościołów to jednak różnorakie odłamy chrześcijaństwa – od Adwentystów Dnia Siódmego, po Jehowych, Metodystów czy Kościół Samoa i rzymskokatolickie parafie. Misjonarze, którzy przybyli tu z kolonizatorami, przyłożyli się do swojego zadania, bo obecnie po dawnych samoańskich wierzeniach na wyspie nie ma śladu.
    Niedziela jest dniem bardzo celebrowanym. Większość sklepów czy restauracji jest zamkniętych (pomyślcie o tym planując zakupy), w otwartych sklepach w niedziele nie sprzedadzą wam alkoholu. Tradycyjną formą spędzania czasu jest niedzielny lunch (barbecue), przyrządzany w tradycyjnych piecach umu. Większość gospodarzy fali organizuje taki tradycyjny lunch dla gości (tutaj np. w Taufua).
    W wioskach, podczas niedzielnego nabożeństwa, obowiązuje godzina policyjna (sa) – teoretycznie każdy powinien być w tym czasie w kościele, a przez wioskę nie można nawet przejeżdżać (my się z tym nie spotkaliśmy, ale ponoć można zostać zatrzymanym i poproszonym o przeczekanie mszy). Do kościoła oczywiście chodzi się ubranym jak najbardziej odświętnie – mężczyźni w sarongach, kobiety w odświętnych kapeluszach (uwielbiam widok tych kapeluszy!). Podczas naszego pobytu przypadało ważne samoańskie święto – Biała Niedziela. Tradycyjnie, wszystkie dzieci i kobiety tego dnia przychodzą do kościoła ubrani całkiem na biało.
  • Fa’a Samoa – The Samoan Way – do dziś, wciąż celebrowany styl życia Samoańczyków. Kluczowymi jednostkami samoańskiej kultury i społeczności są: wioska (na czele z jej ‘wodzem’ – matai), rodzina oraz kościół. Obowiązuje szacunek i posłuszeństwo wobec starszych i wodza oraz wspólne celebrowanie ważnych wydarzeń. Rodzina na Samoa to nie tylko najbliższa rodzina, to także cioteczny brat wujka czy kuzyn w trzeciej linii, wszyscy są tak samo istotni jak najbliższy brat czy siostra. Widoczne jest to nawet wśród Samoańczyków na emigracji w Nowej Zelandii. Emigruje się całymi rodzinami, a wszyscy Samoańczycy w Auckland znają się nawzajem.
    W każdej wiosce jest dom spotkań, w którym mieszkańcy spotykają się, aby brać udział w ceremonii picia kavy, tkania mat czy ćwiczenia lokalnych tańców.
  • Tatuaże – tatuaże są bardzo ważną częścią kultury Oceanii, według wierzeń odgrywają funkcje ochronną, dawniej świadczyły też o statusie w społeczeństwie. W Nowej Zelandii rzadko spotyka się osoby bez tatuażu. Tradycyjny maoryski tatuaż to taki na twarzy, teraz już nieczęsto spotykany (ale o tym kiedy indziej, przy okazji nowozelandzkich wpisów). Męski tradycyjny tatuażna Samoa, pe’a, pokrywa ciało od pasa do kolan. Kobiece tatuaże, malu, pokrywają tylko uda. Ta tradycja jest nadal kultywowana na Samoa, a także wśród aucklandzkich Samoańczyków.
  • Fa’afafine – w języku samoańskim “fa’a” to “na sposób” (tak jak Fa’a Samoa, której Fa’afafine są ważną częścią), “fafine” – “kobieta”. Fa’afafine to mężczyzna, który w pewien sposób, w pewnych względach jest kobietą. Fa’afafine są ważną częścią społeczności samoańskiej, nie są uznawani za homoseksualistów, tylko za tzw. “trzecią płeć” (i nie mówimy to o gender i innych zjawiskach zachodniego świata, Fa’afafine są częścią samoańskich społeczności od zarania dziejów). Mężczyźni ubierający się, wyglądający i zachowujący się jak kobiety są często spotykanym elementem społeczeństwa Samoa. Pełnią oni także kobiece funkcje w swojej wiosce, tj. sprzątają, opiekują się dziećmi. Trochę przychodziły mi na myśl hinduskie hidźry, którzy(re) chodzą po pociągach i szantażują podróżujących w pociągach “zapłać albo Cię przeklnę”, z tą różnicą, że Fa’afafine nie “odstają” od reszty społeczeństwa – spotkaliśmy jedną pracującą w banku na Savai’i, kolejna obsługiwała nasz bar w Lalomanu (cały czas mówiła do mnie “Darling” :)). Jest to jednak zaskakujący widok, nawet dla najbardziej tolerancyjnych ludzi z Zachodu, z prostego powodu – samoańscy mężczyźni są ogromni, bardzo postawni i rozrośnięci w barach. Zobaczenie takiej Fa’afafine w kwiecistej sukience/spódnicy i kwiatem we włosach jest jednak szokujące. Polecam oglądnąć sobie odcinek “Kobiety na krańcu świata” – “99% kobiety“, który właśnie jest poświęcony zjawisku Fa’afafine na Samoa.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s